Pojęcie „ dziesięć tysięcy„ dni, kroków itp. jest tradycyjnym zwrotem
pochodzenia chińskiego i oznacza „nieskończenie wiele”
Janusz Czarniecki
Kiedy dwadzieścia osiem lat temu wchodziłem do dojo na pierwszy w życiu trening karate Kyokushin, nawet nie marzyłem, że kiedyś moja stopa stanie w miejscach, gdzie trenował i medytował twórca jednej z nowoczesnych odmian japońskiego karate – mistrz Oyama Masutatsu. Pod koniec ubiegłego roku marzenie stało się faktem. Wspólnie z polską ekipą zabrałem się Lufthansą do Japonii na VIII Mistrzostwa Świata w Karate Kyokushin. Oszczędzę Czytelnikom Budojo wrażeń z Tokio, Kamakury czy Nikko, bowiem opisy tych miejsc często pojawiają się na tutejszych łamach. Opowiem o Mitsumine – legendarnym ośrodku szkoleniowym karate w górach, miejscu gdzie między starymi świerkami i grobami samurajów czas jakby się zatrzymał.
Kiedy Oyama Masutatsu był jeszcze młody – działając za radą jednego ze swych nauczycieli So Nei Chu – spakował niewielką torbę i wyruszył w góry z ekwipunkiem treningowym i kilkoma książkami, w tym biografią sławnego samuraja i szanowanego przez Oyamę bohatera – Miyamoto Masushi. W górach twórca Kyokushinaki oddawał się rygorystycznemu treningowi.
Drzewa wykorzystywał jako worki do zadawania uderzeń i kopnięć, krzewy i głazy traktując jako przeszkody do pokonania, walcząc przy tym z najtrudniejszym z przeciwników – samotnością. Przeczytamy potem w jednej z publikacji:
„Największym owocem mojego pobytu w górach było to, iż ćwiczyłem swoją fizyczną i mentalną siłę podczas dnia, zaś konfrontowałem się z naturą i wewnętrzną jaźnią w nocy. Oczywiście moje umiejętności w zakresie karate wielce się rozwinęły, lecz o wiele ważniejsze było wzmocnienie szczególnego stanu umysłu”.
Wiele lat później, prowadząc treningi i nauczanie, Sosami Oyama często powracał w góry ze swoimi uczniami i wybrał do tego celu samotny szczyt góry Mitsumine – jedno z legendarnych miejsc, gdzie miał trenować cieszący się nieśmiertelną sławą Miyamoto Musashi. Miejsce to bogate jest w legendy i przesłania. Swego czasu będąc bezpośrednio niedostępnym było wystarczająco odizolowane od świata, by wzbudzać atmosferę treningów samego Oyamy, jak też oferując aurę spokoju, daleka od świata będącego „ poniżej” Współcześnie na szczycie Mitsumine spoczywa pamiątkowy kamień ku czci Sosami, otoczony starymi świerkami, i skalnymi ścieżkami, po których stąpał.
Pośród wiekowych nagrobków, skrywających zarówno świetnych samurajów, jak i prostych ludzi miejsce owo, jak żadne inne wywołuje wspomnienia o Mistrzu u uczniów, którzy dobrze go znali, jak i tych, którzy praktykując Kyokushin przybywają tam po naukę. Z tych względów Mitsumine przyciąga rokrocznie karateka z całego świata. Udaliśmy się więc i my na ten szczyt, podążając tropem samurajów. 2 Jest nas pięciu Polaków: shihan Andrzej Drewniak, Jacek Czerniec, Piotr Zembrzuski, Andrzej Krawontka i ja. Jest też z nami Andrzej Zacharski, który trenuje karate i studiuje japonistykę na miejscu, figuruje w naszej grupie raczej jako „ Japończyk”. Jedziemy z Tokio w pięciu autokarach i jest tam bractwo z całego świata.- począwszy od obu Ameryk, przez Afrykę i Azję, na poczciwej Europie skończywszy. Na jednym z postojów rozmawiam z shihan Loek Hollandrem ( 8 dan), u którego 20 lat temu zdobyłem czarny pas. Pyta co porabiam, a kiedy dowiaduje się, że pracuję jako adwokat żartuje, że to podobne do karate, bo też służy do obrony. „ A co tutaj robisz ? – pyta.
„ I love karate” – odpowiadam, a Loek Hollander zaciska pięść. Jedziemy dalej i krajobraz robi się coraz bardziej górzysty. Kiedy docieramy do Mitsumine jest już ciemno. Wszystko jest dobrze zaplanowane –walizy targamy pod górę po żwirowanych ścieżkach i lądujemy w ośrodku odosobnienia. W przydziale jednakowe sandały, kimona i pasy. Zajmujemy pokój nr 518 urządzony, jak wszystkie w ośrodku – na klasyczną japońską modłę. Na podłodze tatami, mały stolik z akcesoriami do chanoyu.
Śpimy na matach, a pod głowę mała poduszeczka wypełniona czymś co przypomina groch. Za oknem czarna noc, majaczą tylko kontury gór. Parzymy herbatę i szykujemy się do snu, bo czeka nas ciężki dzień. Okazuje się, że nasz shihan Andrzej oraz ja chrapiemy, co pozostałym bynajmniej nie ułatwia życia, ale takie są uroki demokracji. Równo o 5.30 wyrywa nas z okopów snu ciepły głosik z megafonu: „Ohayo, gozaimas ! Kyokushinkai kan !”.
Wskakujemy w brązowe sandały i biegiem do toalety. Tam trzeba przeskoczyć w zielone sandały. Tak to jest – w japońskim świecie wszystko poukładane równo i metodycznie. A porządek dnia jest następujący:
6.00 -7.00 – rozruch poranny w górach,
7.00-7.45 – medytacja norito w miejscowej świątyni shinto,
8.00 – śniadanie,
10.00-12.00 – trening w Dojo,
13.00 – posiłek,
14.00 -16.00 następny trening,
17.00 – zabiegi i kąpiele o-furo,
18.00 – kolacja,
19.00-20.00 – konsultacje w dojo z kancho Matsui Shokei.
Na rozruchu porannym docieramy na wzniesienie w pobliżu obelisku pamięci Mas. Oyamy. Trening prowadzi shihan Isobe – charyzmatyczny karateka z samurajskim błyskiem w oku. Dookoła świerki i skalne ścieżki, gdzieś majaczy daszek pogody. I kiedy zaczynamy ćwiczyć z gromkim kiai, a dzień dopiero się budzi, ożywa w nas nagle duch Oyamy, jakby stał tu obok i uderzał pięścią w pobliskie drzewo. Taki wytwarza się klimat, czuje się tez dreszcz ! Po rozruchu czas na medytację. W miejscowej świątyni rozpoczyna ją dźwięk bębna taiko. Dźwięk jest niski i donośny, aż bolą bębenki w uszach. Siedzimy w seiza skiza słuchamy monotonnej melorecytacji kapłana. Modli się za ducha Oyamy, za Kyokushinkai. Potem wstaje kancho Matsui i kolejni shihan, każdy kłania się w stronę ołtarza i wszyscy klaszczemy dwa razy w dłonie. Ranek w górach jest zimny, kiedy więc opuszczamy świątynię, oczywiście boso i w gi, czeka nas niespodzianka. Mnisi przygotowali dla każdego miseczkę sake. Kultura. 3 O 10.00 trenujemy pod okiem shihan Hollandra. Dostajemy w kość tak mocno, że przypominam sobie po raz kolejny, dlaczego zacząłem trenować karate. Cały trening w przysiadzie. W przerwach Hollander krzyczy:
„ Nie wstawać, spójrzcie siebie!”, a niektórzy próbują prostować kolana. W przysiadzie przerabiamy bloki, pchnięcia i… kopnięcia. Obok mnie dzielnie walczy ze sobą sympatyczny Czech – Jiri, szef czeskiego Kyokushin, policjant z zawodu. „ Jeśli ktoś nie daje rady, niech wyjdzie, ale nie ma powrotu !” – spokojnie mówi shihan Hollander.
Nikt nie wychodzi, nawet 74 letni 5 dan, który ćwiczy jak wszyscy. Nasz shihan Andrzej Drewniak ( 6 dan ) nie przepuszcza żadnej kolejki, pracuje jak wtedy , gdy 28 lat temu trafiłem do jego dojo. I o to tutaj chodzi, wszyscy to czujemy. Na obiad paradujemy w piątkę w jednakowych kimonach i ciemnozielonych kubraczkach. Wszyscy są tak umundurowani i wygląda to jak ruchomy las w filmie Kurosawy, kiedy 200 osób siedzi w skiza wzdłuż długich jamnikowatych stołów i zajada pałeczkami ryż, owoce morza, kawałki mięsa i miejscowe warzywa. Shihan Drewniak, który jest tu stałym bywalcem, uczy nas jak łączyć te potrawy w smaki, jak używać przypraw, by miało to sens. Początkowo wszystko to co znajduje się na stołach nie ma smaku, ale po odpowiednim przeszkoleniu odkrywamy czar japońskiej kuchni. Posiłek zaczyna się i kończy krótka medytacją. Tajemnica ich treningu tkwi w trzymaniu się standardu reguły – rozgrzewka stawów i ścięgien od kostek po głowę, cały katalog tsuki, uchi, uke i keri. Chodzimy we wszystkich pozycjach, kopiemy w przód, w bok, w tył i pod kątem 45 stopni.
Bardzo szybkie tempo. Dużo przy tym objaśnień i komentarza. Akcent na płynność i dokładność ruchu. Każda sekwencja powtarzana jest z kiai. Kiedy treningi prowadzi kancho Matsui Shokei, widać niekwestionowane mistrzostwo i perfekcyjną technikę. W demonstracji technik samoobrony urzeka swoboda z jaką kancho pokonuje asystującego mu shihan Gorai. Lekkość ruchu i niesamowita skuteczność. Po treningu kolacja, a potem miejscowa specjalność o-furo. Myślimy o prysznicu, a wchodzimy do dużej sali kąpielowe, gdzie krany z wodą są na wysokości kostek. Wzorem innych siadamy i polewamy się zimną wodą nabieraną do misek. Po takiej ablucji wchodzimy do kadzi z wrzącą wodą, pochodzącą z miejscowych źródeł. Satysfakcja gwarantowana. Potem znowu zimna woda i powrót do gorąca. Po prostu o- furo. Wieczorem sączymy sake, ale w małych ilościach, wstrzemięźliwie. Toast kanpai musi być powolny. Siedzimy w siadzie skrzyżnym w jednakowych kimonach, na tatami i gawędzimy. Wygląda to jak na jakimś samurajskim filmie. A rano o 5.30 znowu miły głosik woła z megafonu: „ Ohayo, gozaimas!”. Leje jak z cebra. Nie ma to znaczenia, trening musi się odbyć.
I tak dzień za dniem, według porządku: rozruch, medytacja, posiłek, trening, posiłek, trening, o – furo itd. Zbliża się egzamin na wyższe stopnie dan. Obaj z Andrzejem Krawontką podchodzimy do egzaminu i nie da się ukryć napięcia. Nie ma lekko. W komisji jest sześciu mistrzów pod przewodnictwem Matsui Shokei, wszyscy mają 6-8 dan. Egzamin za zamkniętymi drzwiami trwa blisko cztery i pół godziny. Jest wyczerpujący i skoro drzwi zamknięto ja ich nie będę otwierał. Obaj zdaliśmy i tyle na ten temat.
Pobyt w Mitsumine zawsze kończy się wyprawą nad wodospad. Prowadzi shihan Goda ( 8 dan). Zbiegamy z góry pośród przepięknej, kolorowej jesieni. Ścieżki są kręte i kamieniste, a liście mokre, lecz podziwiamy japońskie krajobrazy. I po godzinie jesteśmy pod wodospadem. Tam kancho Matsui zachęca osobistym przykładem do treningu pod lodowatymi strugami wody, która tnie jak brzytwa. Uprzedzał mnie mój przyjaciel Krzysztof Borowiec, że tak będzie i miał rację. Ćwiczymy rozebrani do pasa i jest to niesamowite wrażenie. Tak chyba trenował tu Oyama i czuje się ten klimat. Gdyby nie kiai zamieniłbym się w lód. A potem dwukilometrowy marsz, idę Piotrka 4 Zembrzuskiego. Jesteśmy przy autokarach. Mam okazję zamienić parę słów z kancho Matsui i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
Opuszczamy Mitsumine, ale coś w nas pozostaje. Coś szczególnego, Schodząc ścieżkami po których kroczył Musashi i Oyama nabieramy większej pewności. Jest w tym jakaś samurajska nuta. Wśród myśli Sosami Oyamy Masutatsu, które pozostawił, jest takie stwierdzenie :
„ Początkującym stajesz się po tysiącu dni, a mistrzem po dziesięciu tysiącach dni treningu”.
Zaczął liczyć i zadowolony stwierdziłem, że 10 tysięcy dni to z grubsza 28 lat. Potem z pokorą przypomniałem sobie inne wyliczenie, które przeprowadził Michael Michale. Lorden w swej książce „ Oyama – legenda i dziedzictwo”. Zakładając, że trzy sesje treningowe to przeciętna wśród uczniów obliczył, że 1000 dni treningu to 6,4 roku, zaś 10.000 dni treningu to 64 lata z okładem. Trening nigdy się nie kończy.
Artykuł opublikowany w „BUDOJO”